Mgr Renata Micołek wspomina śp. Józefę Karpiel

Niedawno zakończyła swą ziemską wędrówkę Pani Józefa Karpiel.Kim była?Wiele lat temu rozpoczęła się moja przygoda z sądecką Szkołą Muzyczną I i II st. im.Fryderka Chopina. Byłam już dość duża, więc na pierwszą lekcję fortepianu poszłam sama. Otwarłam ciężkie, drewniane drzwi budynku przy ul.św.Ducha. Zobaczyłam wysoką kotarę. Rozchyliłam jej poły i weszłam do innego świata. Świata, który żył jakby inną rzeczywistością. Ta kotara była niczym kurtyna w teatrze. Teatrze dźwięku.Pachniała mocno pasta do podłogi. Jej woń towarzyszyła mi przez wszystkie lata w szkole i nie wiedzieć w którym momencie wsączyła się gdzieś w zmysłowe wspomnienie. Zewsząd dobiegały dźwięki przeróżnych instrumentów. Czasem pojedyncze, jak kolorowe punkty, niekiedy całe melodie, oplatające wnętrza wąskich, ciemnych korytarzy. Nieraz kakofonię przeszyła fraza arii operowej. To znów z jakiejś sali dobiegł głos wzburzonego profesora, który swym muzycznym zaangażowaniem próbował zapewne rozbudzić emocje swego wychowanka.Rozejrzałam się dookoła. W korytarzach stare, drewniane, skrzypiące podłogi zaopiekowano wąskimi chodnikami. Duży hol wypełniony był jasnym światłem, zaproszonym przez ogromne okna.Towarzyszyły one schodom na górne piętro.Te okna, niczym obrazy odkrywały kolejną, bajeczną rzeczywistość Szkoły, zielone ogrody pełne pnączy, dzikich krzewów, jarzębin, głogów, wysokiej, poczochranej trawy. Tutaj swój koncert dawało ptactwo. Ileż to razy później, przed występami, nieprzyjazna trema podpowiadała mi, by uciec w te czarowne gąszcze i ukryć się tam.Siedziałam w holu zachwycona, ale i przestraszona atmosferą tego niezwykłego miejsca. Zawsze dla mnie było ono bardziej teatrem, niż Szkołą.I niespodziewanie otwarły się niewielkie drzwi obok szatni. Wyszła drobna kobieta w średnim wieku.Zauważyła mnie, podeszła. Pewnie dostrzegła moje onieśmielenie i zapytała, czy nie napiła bym się herbaty. Moje zdumienie nie znało granic. Nigdy nie zapomnę smaku tej czarnej, słodkiej herbaty, doprawionej dobrocią Serca Pani Józi. Herbatka była także szkolnym rytuałem. Punktualnie o godzinie siedemnastej dźwięk przytulonych na tacy szklanek oznajmiał nauczycielom, że pora na małą przerwę i spotkanie.Zawsze można było zapukać do drzwi małego, przyszkolnego mieszkanka Pani Józi, poradzić się, popłakać, pośmiać. Matkowała każdemu. Małemu, dużemu, młodzieży w internacie, nauczycielom i oczywiście swojemu kochanemu synkowi Jasiowi. Była niezwykle skromna a widziała to, co dla oczu często niewidzialne. Patrzyła Sercem. Przytulała, pocieszała, przestrzegała. Miała ciężkie życie wypełnione dramatami, jednak jej Krzyża nikt nie widział. Niosła go sama, nie obciążając nikogo. Pan Franek, mąż Pani Józi, góral, robił szopki, kapliczki i domki góralskie z zapałek. Pamiętam swój zachwyt, gdy je zobaczyłam po raz pierwszy. Pewnie mało kto wie, że Pani Józia część swojej skromnej emerytury oddawała siostrom Klaryskom , by modliły się za naszą sądecką Szkołę Muzyczną. I wtedy, gdy jej domem był budynek przy ul.św.Ducha i Pijarskiej, i wtedy, gdy przyjęto nas na ul.Sienkiewicza i teraz, w Zawadzie. Pani Józia ubogaciła sobą tego, kto miał szczęście ją poznać.Pewnie każda Szkoła ma swojego Anioła. Naszym Aniołem była kochana Pani Józia Karpiel.”Niektórzy ludzie czynią świat wyjątkowym tylko dlatego, że Są.”

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Aktualności